| |  | Site de família PremiumPlus |
| |
 |  | | | | | | | Publicado por: Krzysztof Szymański
em 22 de Jun, 2009 03:06 | Kolejne poszukiwania genealogiczne dotyczyły rodziny Jana Lamkowskiego z Mierzyna. Jak ustalilem na podstawie "Słownika geograficznego Królestwa Polskiego i krajów ościennych" - miejscowość Mierzyn zwana była także Mierzynkiem lub Petersdorf. Metryki jej mieszkańców wpisywane były do ksiąg Parafii rzymskokatolickich: Płowęż lub Lipinki ( której akta są w Archiwum Diecezjalnym w Toruniu ). W zasobie Archiwum Państwowego w Toruniu zachowały się tylko 2 poszyty z metrykami Parafii Płowęż z lat 1823-1859, 1865-1874. Wśród zapisów odnalezłem jedynie akt ślubu z 1867 roku Tomasza Lamkowskiego z Pauliną Zielińską z Płowęża oraz akt urodzenia ich córki Pauliny z tegoż roku. Zarówno w aktach Parafii Płowęż jak i rejestrach urodzeń Urzędu Stanu Cywilnego Lipinki z lat 1.10.1874-1902 nie odnalezłem aktu urodzenia Jana Lamkowskiego z 1874 roku. W rejestrach USC Lipinki wyszukałem jedynie: - akt urodzenia z 1881roku Joanny Segler, córki Antona i Julianny z domu Lamkowskiej - akt urodzenia z 1884 roku Antona, syna Antona Zegler i Marianny z domu Lamkowskiej - akt urodzenia z 1890 roku Elsbeth, córki Valentina Elminowskiego i Julianny z domu Lamkowskiej - akt ślubu z 1890 roku Valentina Elminowskiego z wdową Julianną Segler z domu Lamkowską. | |
|
| | Publicado por: Krzysztof Szymański
em 3 de Jun, 2009 04:18 |  W Księdze Małżeństw Parafii rzymsko-katolickiej w Radzyniu Chełmińskim odszukałem wpis dotyczący małżeństwa Paulusa (Pawła) Dulskiego z Marianną Graykowska - czyli moich 4 x pradziadków. Wpis ten dokonano w 28 stycznia 1802 roku (zdjęcie księgi w załączeniu - lepszej jakości zdjęcie znajduje się w albumie "Historia"). | |
|
| | Publicado por: Krzysztof Szymański
em 15 de Mai, 2009 03:09 |  Do listy poszukiwanych przodków i ich rodzin dopisuję jeszcze nazwiska (rodziny pochodzące z sandomierszczyzny, okolice Nasławic): 1. Dyszlewscy - Józefa z Dyszlewskich Goździowska, moja prapraprababka 2. Bogdańscy - Anna z Bogdańskich Stajniak, moja prapraprababka | |
|
| | Publicado por: Krzysztof Szymański
em 2 de Abr, 2009 01:41 |  Dalsze poszukiwania, tym razem Rodziny Robaczewskich. Od Jesse Alt z USA otrzymałem dane zawierające tzw. manifest okrętowy z 1899 roku, w którym wymieniony jest Bronisław (Barney) Robaczewski z Stanowa (chodzi chyba o Stanowo k/Dzierzgonia), urodzonego w 1880r. Do USA przyjechal do brata Władysława. Może ktoś z Rodziny słyszał o Robaczewskich ze Stanowa? | |
|
| | Publicado por: Krzysztof Szymański
em 17 de Mar, 2009 01:30 | Historia Augustyna Krajnika, policjanta z Tczewa bestialsko zamordowanego w Katyniu opowiedziana słowami Jego syna Zygmunta Augusta Krajnika. | |
|
| | Publicado por: Krzysztof Szymański
em 27 de Fev, 2009 01:43 | Do zestawu rodzin, których korzenii poszukuję dodałem ostatnio rodzinę Kurzyńskich (Kurzyński, Kurzyńska). Zgodnie z zapisami w pruskim katastracie kontrybucyjnym z 1773 roku na terenie pierwszego zaboru pruskiego spisano dwóch Kurzyńskich: Johann (Jan) oraz Michel (Michał). Obaj pochodzą ze Słupa (Słup). Chociaż nie jestem spokrewniony z Kurzyńskimi, nie ma więzów krwi, a przynajmniej nic na ten temat nie wiem - rodzina ta bardzo ciekawie wplotła się w moją rodzinę. Marta Kurzyńska wyszła za mąż za Alojzego Robaczewskiego ze Szwarcenowa - brata mojej prababci Anastazji zd. Robaczewskiej Nelkowskiej.... to nie pierwsze połączenie z Rodziną Robaczewskich ale także i Nelkowskich..... drugie, już mnie formalne to takie że Zyta zd. Nelkowska Chojnowska, siostra stryjeczna mojej babci Zofii zd. Nelkowskiej Górnej jest spowinowacona z rodziną Kurzyńskich z Gołębiewa...a rodzina ta jest rodziną wzmiankowanej Marty zd. Kurzyńskiej R...
| |
|
| | Publicado por: Krzysztof Szymański
em 20 de Jan, 2009 07:00 | Okres okupacji niemieckiej i sowieckiej w latach 1939-1945 był bardzo trudnym dla Polaków. Ludzie, którzy zamieszkiwali tereny polskie różnie się zachowywali. Znaleźli się w sytuacji wyjątkowej. Sami nie umieli się odnaleźć. Bardzo często podejmowali decyzje, które nie były zgodne z ich przekonaniem politycznym lecz pod wpływem lęku o własne życie. Opiszę historię mojej rodziny, to jest mojej prababci i pradziadka Heleny Żywickiej i Bronisławie Szymańskiego.
W kwietniu roku 1939 Helena i Bronisław biorą ślub w malowniczej miejscowości na Kociewiu –Lubichowo. Po ślubie zamieszkują w miejscowości Szteklin . Pracują na swoim gospodarstwie rolniczym. Pradziadek i prababcia byli bardzo szczęśliwi i pełni nadziei na szczęśliwe małżeństwo. Lato w roku 1939 było bardzo dziwne. Ich uwagę zwrócili Niemcy mieszkający w Szteklinie, którzy bardzo dziwnie się zachowywali. Latem zaczęli malować dachy swoich domów na kolor zielony, lub kładli zieloną dachówkę. Polacy byli bardzo zaskoczeni ich zachowaniem. Pierwszego września wybuchła wojna. Niemcy zaczęli bombardować całą Polskę. Nastała okupacja. Niemcy wkroczyli na teren Polski ,również na wieś kociewską Szteklin. Wyjaśniła się sprawa malowania przez Niemców dachów. Wiedzieli kto swój a kto obcy. Kolor dachu podał im tę informację. Miejscowa ludność Niemiecka wraz z władzami okupacyjnymi rozpoczęła represję ludności wsi. Zmuszano Polaków do podpisywania volkslisty czyli uznanie się za Niemców. Tych ,którzy nie chcieli podpisać i uważali się Polakami wywożono do obozów lub rozstrzelano na miejscu. Wszystkich niewygodnych Polaków z rejonu Kociewia i kaszub wysyłano do obozu w Potulicach. Między innymi wysłano tam siostrę i dwóch braci prababci, którzy zostali wyrzuceni z gospodarstwa rolniczego w Więckowach. Oni nie podpisali volkslisty. Natomiast mojej praprababci Stefanii mieszkanki wsi Więckowy koło Skarszew udało się uciec przed wywózką do obozu. Ukrywała się przez całą okupację u mojej prababci w Szteklinie. Jednemu z braci też udało się uciec, ale już w czasie wywózki. Zbiegł on do lasu, gdzie ukrywał się do końca wojny. Pozostali niestety dojechali do obozu w Potulicach. Tam były skrajne warunki do życia. Umierali tam z głodu i wyczerpania, między innymi brat prababci. W Szteklinie panowała atmosfera strachu i przerażenia. Sołtys wsi pochodzenia niemieckiego chcąc ratować swoich współmieszkańców pochodzenia polskiego wpisał ich na volkslistę. Dzięki temu Niemcy pozostawili ich w spokoju lecz zabrali im cały inwentarz. Ciężko pracując i znosząc upokorzenia rodowitych Niemców prababcia i pradziadek żyli z dnia na dzień. W kwietniu roku 1940 rodzi im się pierwszy syn Edwin. Starają się jak mogą by ich dziecko miało godne warunki do życia. Było ciężko. W roku 1942 rodzi im się córka Teresa moja babcia. Cieszą się, że mają dzieci, lecz wieczorami długo zastanawiają się jaki czeka ich los. Marzą o wolnej Polsce znosząc trudy codziennego życia. Żyjąc w wielkim strachu doczekali się roku 1944.Na wiosnę tego roku Niemcy powołali mego pradziadka Bronisława Szymańskiego do swojej armii. Pradziadek długo zastanawiał się czy wstąpić w szeregi armii niemieckiej. Nie było to zgodne z jego przekonaniem politycznym. Był Polakiem i kochał swój kraj Polskę. Zapisał się na volkslistę dla tego by ratować swoją rodzinę, ale walczyć w szeregach wroga było sprzeczne z jego sumieniem. Po rozważeniu zdecydował się przyjąć powołanie, ponieważ w razie odmowy wszystkich z jego rodziny czekała by śmierć. Po krótkim przeszkoleniu Niemcy wysłali go do Francji. Tam pojechał w mundurze niemieckim.
Pradziadek jechał z nadzieją, że uda mu się zdezerterować. Po przyjechaniu do Francji okazało się, że takich jak on jest znacznie więcej. Pradziadek czekał na odpowiedni moment by wystąpić z armii niemieckiej. Po kilku dniach pobytu w Francji wraz z czteroma kolegami również Polakami przymusowo wcielonymi do wojska niemieckiego zdecydowali się uciec. Pewnej nocy opuścili niemieckie koszary udając się w stronę pobliskiego lasu. Gdy Niemcy zauważyli brak kilku żołnierzy zaczęli przeszukiwać najbliższą okolicę. Lecz pradziadek wraz z kolegami ukrywał się głęboko w lesie. Niemcy ich nie odnaleźli. Zbiegowie błąkali się przez trzy dni w lesie. Byli w obcym kraju, mieli na sobie niemieckie mundury i nie znali języka francuskiego. Byli przerażeni, głodni i przemarznięci. Gdy zobaczyli zbliżających się ludzi pomyśleli, że czeka ich śmierć. Jednak okazało się, że są to francuscy partyzanci. Mimo wielkiego strachu udało im się wytłumaczyć całą sytuację. Używali rąk i języka niemieckiego tłumacząc, że są Polakami zmuszeni do noszenia mundurów niemieckich. W ten sposób uniknęli śmierci. Przez sześć tygodni byli razem z francuskimi partyzantami. W czerwcu 1944 roku Alianci dokonali inwazji. Dla mojego pradziadka i jego współtowarzyszy był to szczęśliwy dzień. Po kilku dniach przybyli żołnierze brytyjscy, którzy zabrali mego pradziadka do Anglii. Tam mój pradziadek zrealizował swoje marzenie i wstąpił do armii wojska polskiego – 6 kresowy Baon Strzelców Pieszych.
Cieszył się, że jest wśród Polaków i będzie walczył dla Polski. Po odbyciu badań skierowano go do kolumny sanitarnej. Odbył tam szkoleniu po którym został kierowcą sanitariuszem. Wysłano go do Szkocji, gdzie opiekował się żołnierzami polskimi i brytyjskimi. Pracował koło Edynburga stolicji Szkocji i bywał na zamku. Mój pradziadek przebywał w Szkocji do roku 1948 .Za swoją służbę otrzymał medal „The war Medal 1939 –1945 „ .
Tymczasem w kraju została prababcia Helena z dziećmi i nie wiedziała gdzie przebywa jej mąż. Znała jego plany ucieczki z armii niemieckiej ,lecz nie domyślała się co naprawdę uczynił jej mąż. Po ucieczce pradziadka z wojska niemieckiego przychodzili do prababci policjanci niemieccy pytając ją o jej męża. Byli ciekawi czy wie gdzie przebywa pradziadek Bronisław. Czy wyrażał się źle o niemieckiej armii. Zasypywali ją tysiącami pytań. Natomiast prababcia naprawdę nie wiedziała gdzie on jest i czy żyje. Sytuacja stawała się coraz bardziej dramatyczna. Niemcy kilka razy w tygodniu przychodzili i straszyli gestapem oraz obozem koncentracyjnym. Prababcia Helena przechodziła bardzo trudne chwile. Gdyby wiedziała gdzie naprawdę jest pradziadek powiedziała by im ,żeby ratować siebie i dzieci. Jednak kolejny raz przyszedł z pomocą sołtys niemiecki. Był on Niemcem, lecz w chwilach dramatycznych znajdował wyjście .Pomagał Polakom. Mieszkał bardzo długo w Szteklinie i lubił Polaków. Był też szanowanym wśród Niemców. Oni uważali go za swojego. Sołtys długo rozmawiał i przekonywał o niewinności prababci .Udało się jemu wyjaśnić zaistniałą sytuację i niemieccy policjanci w końcu przestali do prababci przychodzić. Wojna zbliżała się ku końcowi. Wśród ludności rozchodziły się wiadomości o klęsce Niemiec. Prababcia Helena wraz z ukrywającą się u niej mamą Stefanią przetrwali do marca 1945 roku. Na początku tego miesiąca do Szteklina wkroczyli Rosjanie. Mieszkańcy wsi po raz kolejny ogarnęła panika. Żołnierzy rosyjscy bardzo dziwnie się zachowywali. Okradali domostwa i byli głośni. Największym powodzeniem cieszyły się zegarki. Z tymi zegarkami wiąże się zabawna historia. Prababcia Helena chcąc uchronić jedyny zegarek założyła swemu synkowi na nóżkę .Kręcący się w obejściu Rosjanin ,któregoś dnia zauważył na nóżce dziecka ten zegarek. Zawołał moją prababcię powiedział jej, że on też chce zegarek na nogę. Bardzo mu się spodobał ten zegarek i chętnie za taki zegarek odda trzy zwykłe na rękę. Prababcia zrozumiała w tym momencie jacy żołnierze wyzwalali nasz kraj z okupacji niemieckiej. Oczywiście się zgodziła na taką wymianę zegarków. Po kilku dniach Rosjanie odeszli. Wcześniej odeszli także mieszkańcy wsi Szteklin pochodzenia niemieckiego. Bali się Rosjan i represji z strony Polaków. Moja prababcia oczekiwała swego męża Bronisława. Nadal nie miała od niego żadnych wiadomości. Ona i pozostali przy życiu Polacy zastanawiali się czy to już wolność, czy mają się jeszcze czegoś spodziewać. Nastały czasy wszechobecnego Urzędu Bezpieczeństwa Narodowego, ale to już inna historia.
Opisując historię mojej prababci Heleny i pradziadka Bronisława ukazałem w jak dramatycznej sytuacji znaleźli się Polacy podczas okupacji niemieckiej. Zmuszani byli do podejmowania natychmiastowych decyzji. Bardzo często niezgodnych z ich przekonaniem politycznym. Byli zastraszeni, przerażeni i nie wiedzieli czy doczekają jutra. Moi pradziadkowie tuż przed wojną byli tacy szczęśliwi. W czasie okupacji musieli walczyć o byt, a potem ta długa rozłąka. Prababcia znosiła upokorzenia z strony niemieckich policjantów. Pradziadek musiał podjąć decyzję niezgodną z jego sumieniem. Ostatecznie i tak udowodnił, że był i jest Polakiem. Sam nie wiem jak ja bym się zachował na ich miejscu. Czy umiałbym żyć w tamtych czasach. Podziwiam mego pradziadka za odwagę i za to, że nigdy nie wyparł się Polski. Ubrał mundur niemiecki, lecz głęboko w sercu wiedział, że przy najbliższej okazji go zrzuci. Prababcia Helena modliła się codziennie by jej mąż zrealizował swoje marzenie. Ona również gdy z nim się żegnała widziała w nim żołnierza Polaka. Mówiła walcz o Polskę i wróć w polskim mundurze. Dziękuję im za ich upór , nie poddanie się w tak trudnych warunkach życia. Również za odwagę i wiarę w nadzieję na lepsze jutro. Dzięki ich silnej woli życia przyszła na świat moja babcia Teresa potem mój tata i ja. Dzięki umiejętności radzenia sobie w sytuacjach krytycznych, oni przeżyli, a ja mogłem opisać ich historię.
Mariusz Pielak | |
|
| | Publicado por: Krzysztof Szymański
em 10 de Jan, 2009 04:33 | Po zajęciu Prus Królewskich oraz części Kujaw i Wielkopolski przez Prusy w wyniku pierwszego rozbioru Polski w 1772 r. nowe władze szybko rozpoczęły przygotowania do przeprowadzenia na nowonabytych terytoriach katastru kontrybucyjnego. Z polecenia Fryderyka II akcją tą kierował tajny radca Rembert Roden. Oszacowanie dochodów ludności stanowić miało podstawę do wprowadzenia na tych terenach pruskiego systemu podatkowego. W latach 1772/1773 nad tym zadaniem pracowały trzy komisje, w skład których wchodziło około 60 urzędników i 40 mierniczych. Dla każdej miejscowości opracowano wzór kwestionariusza zawierającago 91 punktów. Efektem działań komisji był m. in. spis ludności wymieniający jednak tylko głowy rodzin, a nie wszystkie osoby zamieszkujące daną miejscowość. Większość z zarejestrowanych głów rodzin to mężczyźni, choć w gronie tym napotykamy także z rzadka na kobiety. Najwięcej przypadków, w których pojawiają się kobiety dotyczy wdów. W tym wypadku spis zawiera zwykle także nazwisko zmarłego męża. Niestety dla wielu z wymienionych kobiet nie podano nazwisk, to samo dotyczy także mężczyzn-Żydów i w pewnej mierze ludności narodowości polskiej. Ważnym elementem zawartych w katastrze danych jest także liczba dzieci. Ilość dzieci żyjących w 1772 r. określono poprzez same tylko liczby, w większości wypadków dokonano rozróżnienia na dzieci w wieku poniżej i powyżej 12 lat. W katastracie występują poniższe osoby, które mogą być naszymi protoplastami: Schimanski Johann z Lipinek; Schimanski Valdemar z Augustinowitz (folwark?) k/Lipinek; Schimanski Andreas z Lipinek; Schimanski Szczepan z Bartosdowitz (folwark?) k/Lipinek; Szimansky Ant. (Antoni?) z Tylic, Szimansky Jacob z Radomna Szymanska Ewa (wdowa) z Łasina Szymanski Jozeph z Łasina Nelchowsky Roch z Grodziszna (folwark?) k/Lidzbarka Welskiego (tylko jedno nazwisko w katastracie); Robaschtewsky Falentin (Walenty) ze Szwarcenowa (tylko jedno nazwisko w katastracie); Rutkowsky Paul (Paweł) z Wonnej, nazwisko Rutkowsky(i) jest wymienione m.in. w Szwarcenowie, Babalicach i Lipinkach; Gorny (Górny) Sebestyan (Sebastian) z Łasina; Gorny (Górny) Andreas z Szucho (folwark?) k/Kamienia (Świecie); Gorny (Górny) Martin ze Stawu k/Torunia. Wymienione tylko jedno nazwisko w katastracie może wskazywać na to, że wszyscy obecni Nelkowscy oraz Robaczewscy z tego rejonu pochodzą od tych osoby. Oprócz wymienionych powyżej nazwisk są także inne, które są także w moim drzewie m.in.: Lamkowski, Lemke, Falkowski. | |
|
| | Publicado por: Krzysztof Szymański
em 7 de Jan, 2009 09:17 | Mało kto słyszał zapewnie o grupie etnicznej zwanej Kosznajdrami. Nawet osoby noszące nazwiska charakterystyczne dla tej ludności, zamieszkującej pogranicze Pomorza i Wielkopolski, często nie zdają sobie sprawy z jego pochodzenia. Mieli przez stulecia swoją małą ojczyznę na obrzeżach Borów Tucholskich. Była to katolicka ludność niemiecka z okolic Osnabruck (Dolna Saksonia, Westfalia), sprowadzona przez Zakon Krzyżacki na teren Pomorza w XV wieku. W połowie XIV wieku Pomorze było słabo zasiedlone przez ludność słowiańską. Kiedy przybyli tu Krzyżacy, idealny obszar na założenie tu wsi czynszowych, rycerskich, czy arcybiskupich znaleźli na południowych skrajach regionu – pomiędzy Chojnicami, Sępólnem Krajeńskim i Tucholą. Teren był tu bezleśny, z żyznymi czarnoziemami, otoczony bujnymi i bogatymi we wszelakie dobra borami. W połowie XIV wieku istniały tu od 100 lat dwa komturstwa. Zamki w Tucholi i Chojnicach miały strzec szlaków handlowych do Malborka i Gdańska. W 1433 roku oblegane były przez wojska czesko-wielkopolskie i mimo, że się utrzymały, to groziła im zagłada. Wojna spustoszyła okoliczne wsie, brakowało zaopatrzenia. Kolejna misja krzyżacka sprowadziła więc na ten teren osadników z Dolnej Saksonii i Westfalii, później nazwanymi Kosznajdrami. Nazwa prawdopodobnie wzięła się od nazwiska starosty Koszniewskiego, który urząd w Tucholi objął w 1484 roku. „Koschneider”, oznaczało więc po prostu „ludzi Koszniewskiego”. Lud ten, którego populacja w 1920 roku wynosiła ok. 7 tys. osób, żyjący aż do końca II wojny światowej w 19 wsiach, pomiędzy Chojnicami i Tucholą, zajmował się głównie rolnictwem i handlem. Często kojarzony z wielkopolskimi Bambrami, nie zasymilizował się jednak do tego stopnia, co oni z polskimi sąsiadami. Szczególnie uwypukliło to się w XIX wieku. Dla napływających po upadku Rzeczypospolitej na te tereny Niemców, Kosznajdrzy byli „za polscy”, a na dodatek mówili swoistym dialektem. Dla miejscowych z kolei byli „za niemieccy”. Problemem zaczęła być również katolickość Kosznajdrów. Na tym obszarze dominował naówczas protestantyzm. Ta inność Kosznajdrów, których wybitni przedstawiciele zapisali się na trwale w historii polskości Pomorza, była przyczyną ich tragedii. Po 1945 zostali przez bezpiekę siłą wyrzuceni z własnych domostw i deportowani do zachodnich stref okupacyjnych. Tam także, jako „Rucksack Deutsche” (Niemcy plecakowi) nie zostali zbyt chętnie przyjęci przez miejscowych. Rozproszyli się po wszystkich landach. Gazeta Wyborcza, która w 2003 roku zamieściła w swojej bydgoskiej mutacji o Kosznajdrach pionierski artykuł piórem W. Lewandowskiego, nazwała ich „Atlantami – zaginionym ludem”. Kosznajdrzy jednak nie do końca zaginęli. Wiele ich potomków mieszka w Bydgoszczy, Tucholi, Chojnicach, Gdańsku i Poznaniu. Inni wyemigrowali po I i II wojnie światowej do USA i Kanady. Ilu z nich zdaje sobie sprawę ze swojej inności? Kosznajderskie nazwiska: Rhode, Panske, Senske, Rink, Pankau, Schwemin, Semrau, Latzke, Patzke, Janowitz, Wollschläger, Risop, Behrendt, Musolf, Nelke, Weinland, Papenfuss, Gersch, Brauer, Schreiber, Thiede, Theus, Gatz, Hoppe, Kuchenbecker, Scheffler, Schwanitz, Klinger, Krainik, Schmelter, Warnke, Rosentreter, Isbaner, Fethke, Ruhnke i Folleher. ------------------------ 9 styczeń 2009r. do nazwisk Kosznajdrów należy dodać jeszcze nazwisko: Krainik (co uczyniłem) . Czy to nazwisko ma coś wspólnego z rodziną Krajników (Kraynick. Kraynik)? | |
|
| | Publicado por: Krzysztof Szymański
em 13 de Dez, 2008 03:57 | | Krystyna Balicka ZAGŁADA POLICJI POLSKIEJ Jako córka zamordowanego policjanta II Rzeczypospolitej i naoczny świadek prowadzonych do sowieckiej niewoli -w stronę Podwołoczysk - policjantów z Tarnopola, zebrałam najważniejsze informacje, które przekazuję młodzieży i młodym policjantom dla upamiętnienia i ukazania prawdy o losach w 1939 r. funkcjonariuszy Policji Państwowej II Rzeczypospolitej. Przed 65 laty rozpoczęła się droga krzyżowa narodu polskiego. Tyle lat minęło od wydanego przez ówczesnych władców Kremla wyroku skazującego na śmierć niewinnych synów naszego narodu, a ich rodziny na wywóz na nieludzką ziemię. Rozpoczęła się Golgota Wschodu. Dlatego my dziś wspominamy bolesną rocznicę śmierci naszych ojców, którzy jesienią 1939 r. opuścili swój dom rodzinny, stając w obronie Ojczyzny, i nigdy już do niego nie wrócili. Losy policjantów polskich, oficerów Wojska Polskiego, funkcjonariuszy Straży Granicznej oraz służb więziennych, którzy znaleźli się 17 IX na wschodnich terenach Rzeczypospolitej, były tragiczne. Wzięci do niewoli bądź podstępnie aresztowani zostali skierowani do sowieckich obozów jenieckich, mimo że wojna formalnie nie była wypowiedziana. Komendę i administrację obozów oraz ich straż objęła osławiona służba bezpieczeństwa NKWD, a nie oddziały wojskowe. Sprawa jeńców z Kozielska była dość łatwa do badania, gdyż w 1943 r. odnaleziono ciała pomordowanych oraz dokumenty. Natomiast losy obozu policyjnego w Ostaszkowie i obozu w Starobielsku były zdecydowanie trudniejsze do wyjaśnienia. Wiadomo jedynie, że zginęli w sposób gwałtowny, podobnie jak w Katyniu, ale przez wiele lat nie zdołano ustalić ponad wszelką wątpliwość, gdzie znajduje się miejsce kaźni. Pierwszymi ofiarami sowieckiej agresji byli żołnierze i oficerowie Korpusu Ochrony Pogranicza, którzy usiłowali bronić wschodniej granicy polskiej, oraz policjanci. Zostali oni ewakuowani z zachodnich terenów Polski na linię poza Bug. Rozstrzeliwano Ich pojedynczo lub grupowo. Tak postąpiono z grupą wziętych policjantów, harcerzy i żołnierzy w rejonie Wilna, Grodna, gdzie zamordowano 130 policjantów, podchorążych i uczniów szkół średnich, dobijano rannych obrońców miasta. Na Polesiu rozstrzelano 150 policjantów, również na rogatce Lwowa miały miejsce zbiorowe mordy policjantów. Najtragiczniejszy epizod wojny obronnej miał miejsce w szkole policyjnej P.P. w Mostach Wielkich. W tym dużym i najnowocześniejszym w Polsce ośrodku kształcono około 1000 policjantów. We wrześniu 1939 r. oprócz kursantów stacjonowały tu grupy policjantów ze Śląska. Po zajęciu szkoły przez wojsko sowieckie jej komendant inspektor Witold Dunin-Wąsowicz sądził, że policjanci będą traktowani zgodnie z konwencjami międzynarodowymi jako jeńcy wojenni. Zgromadził więc na placu apelowym cały stan osobowy szkoły i zameldował go oficerowi NKWD. Ten zaś wydał rozkaz otwarcia ognia z karabinów maszynowych do bezbronnych policjantów. Wszyscy zginęli. Pod Mokranami rozstrzelano 50 oficerów i podoficerów z batalionu marynarzy Flotylli Pińskiej. Wypadki mordów zdarzały się także w innych miejscowościach -w Oszmianie, Wołkowysku, Tarnopolu, Sarnach, Małodecznie, Złoczowie, Borszczowie i Dąbrowicy. Bardzo trudno ustalić straty Policji Państwowej we wrześniu 1939 r. Liczbę poległych i zamordowanych na terenie Polski szacuje się na około 4-5 tysięcy. Do niewoli sowieckiej dostało się prawie 15 tysięcy policjantów, większość z nich trafiła do łagrów, z których nie było już powrotu. Również nie wiemy, ilu zatopiono na Morzu Białym, bo według zeznań żony kapitana, aresztowanej i więzionej w obozie pracy w Komi ASSR, pani Katarzyny Gąszcieckiej, z Archangielska płynęła barką z 7 tysiącami innych uwięzionych, przez Morze Białe do ujścia rzeki Peczory. Siedziała i płakała nad swoim i męża losem -wówczas starszy wiekiem Rosjanin okazał jej współczucie i nawet sam zapłakał. Opowiedział jej, że był świadkiem zatopienia tu na Morzu Białym trzech barek z naszymi oficerami, przeważnie policjantami. Gdy pytała, czy się ktoś uratował - powiedział -wszyscy poszli na dno. - Był policjantem, to wystarczy, by go rozstrzelać - powiedział na jednym z przesłuchań szef kalinińskiego NKWD Dmitrij Stiepanowicz Tokariew, późniejszy generał bezpieczeństwa państwowego w Kazaniu. Policjanci polscy nie mogli się spodziewać ze strony Rosjan jakiejkolwiek litości i wyrozumiałości. Uważano ich za główne narzędzie międzywojennego burżuazyjnego państwa i zakwalifikowano ich do kategorii więźniów przeznaczonych do całkowitej likwidacji. Policjanci transportowani byli do Ostaszkowa z obozów przejściowych. Ten, zlokalizowany 300 km na północny zachód od Moskwy, miał być obozem policyjnym o obostrzonym rygorze. Mieścił się na wyspie Stołbny na jeziorze Seliger. Warunki pobytu były znacznie gorsze niż w Kozielsku i Starobielsku. 92 osoby zmarły po miesiącu. Jeńcy spali na gołych deskach. Wszelkim wymogom urągał stan sanitarny. W ciasnych zarobaczonych blokach było brudno i wilgotno. Niedożywienie, ciężka praca i zimno powodowały liczne choroby. Decyzja o zagładzie jeńców zapadła 5 marca 1940 r. na posiedzeniu Biura Politycznego KC. Likwidacja obozu w Ostaszkowie rozpoczęła się 4 kwietnia i trwała do 19 maja. Nad sprawnym przebiegiem operacji czuwał funkcjonariusz centrali NKWD Błochin. Codziennie partie jeńców pędzono do stacji kolejowej Soroga, gdzie upychano ich w wagonach więziennych i przez Bołogoje transportowano do Kalinina (obecnie Twer) do siedziby zarządu NKWD. Do wieczora przetrzymywano ich w piwnicy, a po zmroku rozpoczynał się ostatni akt dramatu. Rozstrzeliwania trwały do świtu. Ciała pomordowanych wywożono o świcie samochodami do lasu nad rzeką Twercą koło Miednoje, gdzie znajdował się ośrodek wypoczynkowy NKWD. Tak, to był polski Holocaust. To polska Golgota Wschodu. Nie możemy o tym zapomnieć i winniśmy przekazywać tę prawdę młodzieży, bo my - córki i synowie pomordowanych policjantów - jesteśmy ostatnim pokoleniem, które to przeżywało, żegnało i widziało wywożonych ojców. My pamiętamy i historię naszych ojców dobrze znamy - praca w policji była i jest najbardziej niebezpieczna i odpowiedzialna. Osiągnięcia policji w okresie międzywojennym były naprawdę niemałe zarówno w wymiarze krajowym, jak i międzynarodowym. W ciągu 20 lat stworzono instytucję policyjną stojącą, na wysokim poziomie sprawności zawodowej i intelektualnej. Polska była ponadto współzałożycielem Międzynarodowej Komisji Policji Kryminalnej (Interpolu). Funkcjonariusz polskiej Policji musiał charakteryzować się nieskazitelną przeszłością, wyrobieniem społecznym oraz właściwą postawą moralną i służbową. Policjant identyfikowany był z patriotą - byłym powstańcem, obrońcą Kresów Wschodnich, wreszcie aktywnym uczestnikiem wojny polsko-sowieckiej lat 1919-1920. Na Ich piersiach widniały najwyższe oznaczenia -ordery Virtuti Militari, Krzyże Walecznych, Krzyże Zasługi. Wychowywali swoje dzieci w duchu patriotycznym, w miłości do Ojczyzny. Pamiętam - gdy się mój ojciec ze mną żegnał, powiedział: Bądź mądra, odważna, dzielna i pracowita jak na Polkę przystało, tak że jak kiedyś wrócę, będę mógł stwierdzić, że byłaś godna być moją córką. Niestety nie mogłam mu powiedzieć, że wypełniłam Jego wolę. Nie wrócił. W czasie okupacji pracowałam w AK i podziemnym harcerstwie. I obecnie pracuję społecznie, ażeby dać świadectwo prawdzie. Wspomnienia o naszych Ojcach odtwarzamy z dokumentów, fotografii i zakamarków własnej pamięci, ale czujemy, że to jeszcze nie wszystko do całości obrazu cierpień i śmierci naszych Ojców. Należałoby odtworzyć Ich przeżycia wewnętrzne związane z tragicznym losem. Ich rozpacz, tęsknotę, cierpienie. Byli przecież ludźmi wolnymi, niewinnymi, mieli prawo do życia, które kochali. Dlatego na tablicy kaźni w Twerze wypisaliśmy słowa: Wy, skrytobójczo w tym miejscu polegli, niewinni, wierni i już niepodlegli. | |
|
|
|
|
| |
|  |  |